Martin Scholz i Hanns-Georg Rodek z Die Welt rozmawiali z Benedictem, a Wyborcza zamieściła tłumaczenie tego wywiadu.
 |
| Fot. Dave J Hogan/Getty Images |
W światowym plebiscycie na brytyjskie ikony w pierwszej dziesiątce
znaleźli się: Szekspir, królowa, Beatlesi i... Benedict Cumberbatch.
"Time" ogłosił 45-letniego aktora jednym ze 100 najbardziej wpływowych
ludzi na świecie, a krytycy uznali go za jedynego prawowitego następcę
sir Laurence'a Oliviera.
Był już nominowany do kilku Oscarów (dwóch w kategorii Najlepszy Aktor - przyp. mój),
jego podobizna znajduje się u madame Tussaud, grał Sherlocka Holmesa,
Juliana Assange'a, a teraz, po raz ósmy, bohatera komiksów Marvela -
Doktora Strange'a.
Obecnie przygotowuje się do zagrania
Aleksandra Litwinienki - byłego agenta FSB otrutego polonem przez
rosyjskie służby specjalne - w planowanym serialu "Londongrad" o
początkach rządów Putina. (Ruszają zdjęcia do serialu Netflixa "39 kroków" - przyp. mój) .
W pana nowym filmie Marvela,
"Multiwersum obłędu", widzimy Doktora Strange'a dwukrotnie - jako
dobrego i złego gościa z równoległego świata, multiwersum. Ile jest
awatarów Benedicta Cumberbatcha? W ciągu 20 lat wystąpił pan w aż 90
rolach.
Benedict Cumberbatch: 90?! To niemożliwe!
A jednak. Aby tego dokonać, zapewne potrzebował pan przynajmniej jednego sobowtóra lub awatara, prawda?
- Cóż, przyznaję: na ekranie to nie zawsze byłem ja…
Anthony i Joe Russowie, bracia,
którzy wyreżyserowali wiele filmów z serii "Avengers", powiedzieli nam
kiedyś, że Steven Soderbergh poradził im, by po każdym blockbusterze
zawsze robili film niezależny, aby zachować równowagę.
- A ja się z tym zupełnie zgadzam. Sam jestem
właścicielem firmy produkcyjnej. W przypadku filmów, które finansujemy,
działamy w znacznie skromniejszych ramach, to narzuca zupełnie inne,
odświeżające podejście.
Te skromniejsze filmy to np.
"Brexit - wojna domowa" czy ostatnio "Mauretańczyk" o podejrzanych o
terroryzm, którzy byli maltretowani bez postawienia im zarzutów w
amerykańskim więzieniu wojskowym Guantanamo.
- Tak, ale chociaż rada Soderbergha jest
dobra, to jednak przy wyborze projektów zawsze kieruję się przekonaniem,
że to właściwy film we właściwym czasie. Jeśli więc po nowym filmie ze
stajni Marvela zaproponowano by mi kolejny blockbuster, który jednak
opowiada świetną historię - nadal powiedziałbym "tak".
Doradza pan początkującym firmom,
takim jak Holoride, która opracowuje nowe zastosowania wirtualnej
rzeczywistości, m.in. filmy, w których można uczestniczyć za pomocą
okularów VR. Czy w dłuższej perspektywie nie doprowadzi to do końca
kultury kinowej, jaką znamy?
- Coś podobnego mówiono, gdy zaczęto mówić o
muzyce dostarczanej w streamingu. Wówczas również przepowiadano koniec
kultury muzycznej - w rzeczywistości jednak sprzedaż biletów na koncerty
poszybowała w górę. Wirtualne doświadczenia z pewnością otworzą nowy
rozdział w naszych zwyczajach związanych z oglądaniem filmów. Myślę
jednak, że w pokoleniu przejściowym - do którego wszyscy się zaliczamy -
znajdzie się wystarczająco dużo osób, które znają i cenią sobie oba
sposoby oglądania filmów: tradycyjny i wirtualny za pomocą narzędzi VR.
Zobaczymy, jak to się rozwinie. Pandemia przyspieszyła wykorzystanie
takich innowacji. Z konieczności, że tak powiem, stały się one bardziej
obecne w naszym życiu. Tyle że dziś ludzie wciąż chętnie wracają do kin.
Ponieważ właśnie tego doświadczenia tak długo im odmawiano.
Steven Spielberg, gdy ostatnio po
raz pierwszy kręcił w specjalnie przygotowanych trójwymiarowych
pomieszczeniach wirtualnej rzeczywistości (aktorzy i on sam nosili gogle
VR), nazwał VR supernarkotykiem, bo w końcu nikt na planie nie kwapił
się wracać do rzeczywistości...
- W końcu jednak powrócił i nakręcił "West
Side Story", film, który nie mógłby być bardziej odległy od wirtualnej
rzeczywistości. VR jest bardzo kusząca, z jednej strony dlatego, że jest
jeszcze stosunkowo nowa, a z drugiej - dlatego że oferuje coś, co
wydaje się realne w bardzo uwodzicielski sposób. Dopiero gdy zdejmiesz
okulary VR, przypominasz sobie, że świat, w którym tkwiłeś przez
ostatnie dwie godziny, nie jest prawdziwy. Jasne, teoretycznie można by
pozostać w VR na zawsze, wtedy rzeczywiście żylibyśmy życiem awatara,
wtedy naprawdę bylibyśmy w matriksie, podczas gdy w świecie rzeczywistym
moglibyśmy być nadal jedynie karmieni.
Tylko że gdybyśmy w ten sposób połączyli się ze
światem wirtualnym, to w końcu nikt nie znałby naszych imion, nie
spotkałby nas, nie dotknąłby nas ani nie wziął w ramiona. Nawet jeśli
takie chwile także są symulowane w rzeczywistości wirtualnej, a nasze
neurony dostarczają nam odpowiednich bodźców. Nie wierzę, że takie
doświadczenie może zastąpić nam real.
Przez ostatnie lata aktorzy filmowi
coraz częściej grają między kamerą a zielonym ekranem, gdzie muszą
symulować walki z potworami, które dopiero później są elektronicznie
wstawiane do obrazu. Czy myśli pan sobie czasem: "Ale przecież nie po to
podjąłem ten zawód!"?
- Absolutnie nie. Aktorstwo jest zawsze
procesem wyobraźni, niezależnie od tego, czy jesteś na scenie w teatrze,
w studiu czy w plenerze. Albo czy masz na sobie gumowy kombinezon
motion capture, który rejestruje najdrobniejsze twoje ruchy.
Okoliczności ciągle się zmieniają, a aktor musi się dostosować do reguł
tej gry. Weźmy na przykład jednego z pionierów tej techniki, Andy'ego
Serkisa...
Czyli Golluma we "Władcy pierścieni".
- ...który daje w nim godny podziwu popis aktorskiej sprawności. Tak, to bardzo satysfakcjonujące doświadczenie dla aktora.
Spójrzmy na dzieci: im nie potrzeba szafy
pełnej kostiumów. Wystarczy jedna zabawka czy umowny element stroju i
już tworzą z tego całe światy dla siebie!
Ostatecznie pytanie brzmi: czy pozwalasz
innym, tak jak w przypadku rzeczywistości wirtualnej, tworzyć te światy
za ciebie, podawać ci "narkotyk"? Czy jesteś tylko konsumentem, czy też
„producentem", który sam tworzy te światy? Czy jesteś bierny, czy
aktywny? Rozumiem Spielberga, wirtualna rzeczywistość to niezwykłe
doświadczenie. Dla mnie jako aktora nie ma różnicy między wejściem do
pokoju z prawdziwymi ludźmi w stroju służbowym a wejściem na pustą scenę
w kostiumie motion capture. Istnieje wspaniałe miejsce zwane "filmem",
jest w nim przestrzeń dla różnych doświadczeń. Myślę, że zawsze istniała
taka walka: rozrywka popularna kontra kino artystyczne. Ale jeśli
"Spider-man" sprawi, że ludzie wrócą do kina i tym samym np. pokonają
swój lęk przed pandemią, to też dobrze.
Netflix po raz pierwszy w swojej
historii stracił użytkowników, 200 tysięcy. Czy istnieją oznaki, że
tłuste lata dla streamingu mogą się już kończyć?
- To może mieć związek z niedawnym wzrostem
kosztów utrzymania. W związku z kryzysem polityczno-ekonomicznym, która
obecnie dotyka już wszystkich. Nie sądzę, aby można było postawić
fundamentalną prognozę dotyczącą rozwoju rynku. Czy ludzie oszczędzają
na streamingu, bo znów wydają teraz 15 dolarów trzy razy w miesiącu na
ponowne pójście do kina? Możliwe, bo w obecnej sytuacji wiele osób musi
się po prostu zastanowić, w jaki sposób mogą zaoszczędzić pieniądze,
ponieważ codzienne życie staje się coraz trudniejsze.
Z ilu usług streamingowych korzysta pan na co dzień?
- Z dwóch.
Najnowszy film o Doktorze Strange'u
opowiada o mrocznych siłach, które przenikają do świata rzeczywistego z
równoległego. W naszej rzeczywistości potentaci informatyczni pracują
nad metawersum, wirtualnym światem równoległym. Czy "Multiwersum obłędu"
to także rodzaj żartobliwej przestrogi przed tym, co może nas czekać w
metawersum?
- W tym filmie wieloświat jest
rzeczywistością, a nie syntetycznie stworzoną przestrzenią wirtualną.
Istnieje w nim równolegle wiele wszechświatów. W wirtualnej
rzeczywistości metawersum z Doliny Krzemowej nie można poczuć smaku ani
dotyku - nawet jeśli interfejsy, takie jak pady czy okulary VR, symulują
te bodźce. Nie można doświadczyć wirtualnego porodu - można go
odtworzyć, ale nie jest on prawdziwy. Jest to przeniesienie
doświadczenia na poziom fantazji. Myślę, że projekty takie jak metaverse
jasno pokazują, że żyjemy w czasach martwego króla i jego ciężarnej
wdowy.
Co chce pan przez to powiedzieć?
- Znajdujemy się w okresie przemian
kulturowych, doświadczamy ogromnych zmian w naszym życiu codziennym. Nie
ma już przewodnich mitów, które trzymały dużą część tej cywilizacji w
kupie. Indywidualizm staje się coraz bardziej powszechny, co jest
szczególnie widoczne w mediach społecznościowych. Być może ten kult
jednostki, fakt, że dziś każdy człowiek nieustannie odkrywa lub kreuje
wiele różnych wersji samego siebie, jest czymś, co wpłynęło na nasz
film. Podobnie jak wiele innych filmów Marvela jakoś odzwierciedla
aktualny trend cywilizacyjny.
Należy pamiętać, że w komiksach istniało i
istnieje wiele wersji Doktora Strange'a. Zostały one wielokrotnie
przerysowane, przebudowane, opowiedziane na nowo - i tak w kółko. W
komiksach istnieje wiele wersji jego kariery, a od lat 70. pojawia się
wciąż na nowo w różnych epokach. Ale dla mnie ta rola była i jest
interesująca z innego powodu.
A mianowicie?
- Dla mnie Doktor Strange jest przykładem na
to, że nie ma czegoś takiego jak jednoznacznie czysty, prawdziwy
bohater. I często właśnie w eskapistycznych fantazjach możemy lepiej
dostrzec, że szlachetniejsze są: działanie bezinteresowne, miłość,
empatia do innych. A jednak my, ludzie, cały czas nawalamy. Doktor
Strange nie tylko walczy z zagrożeniami z zewnątrz, ale też najczęściej
walczy z samym sobą. W zasadzie sam jest swoim najgorszym wrogiem.
W pierwszym filmie, w którym grał
pan tę postać, Doktor Strange, aby zapobiec katastrofie, cofa czas.
Gdyby miał pan taką możliwość w naszej rzeczywistości, do którym momentu
cofnąłby czas?
- Do roku 2016 – przed brexitem i Trumpem w
Białym Domu, po to, aby spróbować zapobiec tym fatalnym wypadkom oraz
następnym, które były ich wynikiem. Ale poza tym: ja bardzo lubię żyć
wyłącznie w teraźniejszości. To jedyny sposób, by być szczęśliwym.