Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyborcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyborcza. Pokaż wszystkie posty

749. Polskie recenzje po premierze serialu Eric

Po pierwsze dla tych, którzy nie mają możliwości przeczytać w Gazecie wyborczej umieszczam tekst autorstwa Mai Staniszewskiej (x):

do konia lub leniwca.

Potrzebujecie detektywa-socjopaty, neurochirurga, który został magiem, a może samego Szatana? Benedict Cumberbatch chętnie podejmie się wyzwania. To najnowsze to lalkarz w serialu "Eric", który wpada na osobliwy pomysł.

- Pociąga mnie inność tych ludzi, to coś, co różni ich doświadczenie od mojego. Chcę to zrozumieć od środka – mówił Benedict Cumberbatch w wywiadzie dla „New York Timesa" w 2021 roku, przy okazji premiery dwóch filmów, w których grał ludzi oryginalnych, niepasujących do ogółu. Czyli takich, w których wciela się najczęściej.

Byli to Phil, amerykański ranczer z początku XX wieku skrywający swój homoseksualizm w filmie "Psie pazury" i Louis Wain, żyjący w tym samym czasie angielski malarz, który popełnił mezalians i dla swojej chorej żony zaczął rysować antropomorficzne koty w "Szalonym świecie Louisa Waina". Ten pierwszy przyniósł mu nominację do Oscara. Kolejną w karierze, po roli Alana Turinga, genialnego pioniera informatyki, geja zmuszonego do "leczenia", które doprowadziło go do samobójstwa w „Grze tajemnic".

Nie ma znaczenia, czy jak Phil są fikcyjni, czy jak Turing i Wain jak najbardziej prawdziwi – doskonale pasują do kolekcji ekscentryków, których grać Cumberbatch lubi najbardziej.

12-letnia Tytania

Syn dwojga aktorów mający wśród przodków dyplomatów, oficerów, ale także właścicieli niewolników (rok temu pojawiły się spekulacje, czy ich potomkowie z Barbadosu nie zażądają od aktora reparacji), daleki krewny króla Ryszarda III (to nie żart), talentem aktorskim zabłysnął już w Harrow.

Ta druga po Eton najbardziej prestiżowa szkoła z internatem dla chłopców w Anglii ma rozbudowany program artystyczny – zresztą właśnie dzięki artystycznemu stypendium Cumberbatch się do niej dostał. On sam na deskach szkolnego teatru debiutował w wieku 12 lat jako Tytania, królowa wróżek w „Śnie nocy letniej" Szekspira, a zabłysnął jako Eliza Doolittle w „Pigmalionie" George’a Bernarda Shawa. Nauczyciele byli pod wrażeniem jego talentu, ale i oni i rodzice ostrzegali, że aktorstwo to nie jest łatwe zajęcie.

Nastoletni Cumberbatch rozpatrywał więc karierę prawniczą, ale w końcu uległ pasji. Zanim zaczął studia aktorskie na uniwersytecie w Manchesterze, spędził „gap year" ucząc angielskiego w tybetańskim klasztorze. Własną edukację kontynuował w London Academy of Music and Dramatic Art. Dziś jest jej prezydentem.

Detektyw-ciacho

W 2005 roku, podczas przerwy w zdjęciach do kręconego w RPA serialu, został wraz z dwoma przyjaciółmi uprowadzony przez uzbrojonych mężczyzn. Na szczęście stracili tylko pieniądze i porządnie najedli się strachu. Cumberbatchowi to wydarzenie uświadomiło, że chce wieść życie „nieco mniej zwyczajne".

Pięć lat później to życzenie się spełniło. Z szanowanego i cenionego, ale jednak lokalnego aktora Cumberbatch stał się światową gwiazdą. Oraz, również ku własnemu zaskoczeniu, symbolem seksu. A to za sprawą Sherlocka Holmesa, którego współczesne wcielenie zagrał w serialu "Sherlock". Jako "wysoko funkcjonujący socjopata" rozwiązujący zagadki kryminalne z wiernym blogerem Johnem Watsonem u boku, Cumberbatch podbił serca krytyków, ale przede wszystkim widowni.

Jego nietypowa uroda – sam siebie porównywał do konia lub leniwca Sida z "Epoki lodowcowej" – stała się nieoczekiwaną zaletą. Nazwano go "ciachem kobiet myślących". W jego głosie zakochiwały się nie tylko angielskie dziennikarki, jak Caitlin Moran, która opisała go jako "pomruk jaguara uwięzionego w wiolonczeli", jego oczy z heterochromią, zmieniające w zależności od oświetlania kolory między niebieskim i zielonym, przyciągały uwagę. Szansę, jaką dostał od losu, Cumberbatch postanowił wykorzystać w pełni. Mogąc wybierać, decydował się (i wciąż się decyduje) na role, które są wyzwaniem.

Od Frankensteina do Edisona

Na zmianę doktor Frankenstein i stworzona przez niego Istota w spektaklu Danny’ego Boyle’a „Frankenstein", smok Smaug uchwycony techniką motion capture w "Hobbicie" Petera Jacksona, Doktor Strange, genialny neurochirurg, który zostaje magiem w filmach na podstawie komiksów Marvela, głos Szatana w „Dobrym Omenie" czy bohater Roalda Dahla w nagrodzonej w tym roku Oscarem dla filmu krótkometrażowego „Zdumiewającej historii Henry’ego Sugara" Wesa Andersona. 

Prawdziwi ekscentrycy: Julian Assange, haker i założyciel WikiLeaks, Thomas Alva Edison, Dominic Cummings, człowiek, który sprzedał Brytyjczykom Brexit? Nie ma problemu.

Do tego Hamlet w spektaklu Barbican Center, niebinarna modelka w "Zoolanderze 2" czy noszący w sobie traumę z dzieciństwa współczesny arystokrata Patrick Melrose z ekranizacji nagradzanej powieści albo sprawca tragedii zakochanych, odrażający pedofil z „Pokuty" – dla Cumberbatcha nie ma rzeczy niemożliwych do zagrania.

Tak, czasem wciela się w zwyczajnych ludzi, ale zazwyczaj w niezwyczajnych okolicznościach. A to przedsiębiorcę, który został szpiegiem w „Grze szpiegów", a to prokuratora wojskowego w Guantanamo w „Mauretańczyku", a to oficerów z czasów I wojny światowej w „Czasie wojny" czy „1917". Ale to zdecydowana mniejszość jego filmografii.

Demony Erica

Claire Foy, która grała z nim, zanim stał się sławny, w kameralnym dramacie obyczajowym "Wreckers", a potem partnerowała w "Szalonym świecie Louisa Waina", mówiła w „New York Timesie": „Jest uosobieniem prawdziwego aktora, bardzo oldskulowego w tym sensie, że jest ekscentryczny i dziwaczny i skacze na głęboką wodę. Jest owładnięty pasją do aktorstwa, rzemiosła i samego procesu tworzenia, czego o wielu aktorach nie można powiedzieć".

Teraz Cumberbatch gra kolejnego ekscentryka. W serialu Netflixa "Eric" wciela się w lalkarza z Nowego Jorku lat 80., nad którym po zniknięciu syna władzę zaczynają przejmować jego własne demony. W końcu tworzy lalkę, na wzór jednego z rysunków chłopca wierząc, że gdy ten zobaczy ją w telewizyjnym programie, który prowadzi, zajdzie drogę do domu.

Prywatnie 47-letni Cumberbatch również jest ojcem. Z reżyserką teatralną i operową Sophie Hunter doczekał się trzech synów, z których najstarszy ma, jak syn jego bohatera w "Ericu", dziewięć lat. 

A ponadto:

644. Benedict Cumberbatch dla Die Welt

Martin Scholz i Hanns-Georg Rodek z Die Welt rozmawiali z Benedictem, a Wyborcza zamieściła tłumaczenie tego wywiadu.

Cumberbatch: "Cofnąłbym czas do roku 2016. Wiecie, ilu katastrofom można by zapobiec?"

Fot. Dave J Hogan/Getty Images
 
W światowym plebiscycie na brytyjskie ikony w pierwszej dziesiątce znaleźli się: Szekspir, królowa, Beatlesi i... Benedict Cumberbatch. "Time" ogłosił 45-letniego aktora jednym ze 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, a krytycy uznali go za jedynego prawowitego następcę sir Laurence'a Oliviera.

Był już nominowany do kilku Oscarów (dwóch w kategorii Najlepszy Aktor - przyp. mój), jego podobizna znajduje się u madame Tussaud, grał Sherlocka Holmesa, Juliana Assange'a, a teraz, po raz ósmy, bohatera komiksów Marvela - Doktora Strange'a.

Obecnie przygotowuje się do zagrania Aleksandra Litwinienki - byłego agenta FSB otrutego polonem przez rosyjskie służby specjalne - w planowanym serialu "Londongrad" o początkach rządów Putina. (Ruszają zdjęcia do serialu Netflixa "39 kroków" - przyp. mój) .
 

W pana nowym filmie Marvela, "Multiwersum obłędu", widzimy Doktora Strange'a dwukrotnie - jako dobrego i złego gościa z równoległego świata, multiwersum. Ile jest awatarów Benedicta Cumberbatcha? W ciągu 20 lat wystąpił pan w aż 90 rolach.

Benedict Cumberbatch:  90?! To niemożliwe!

A jednak. Aby tego dokonać, zapewne potrzebował pan przynajmniej jednego sobowtóra lub awatara, prawda?

- Cóż, przyznaję: na ekranie to nie zawsze byłem ja…

Anthony i Joe Russowie, bracia, którzy wyreżyserowali wiele filmów z serii "Avengers", powiedzieli nam kiedyś, że Steven Soderbergh poradził im, by po każdym blockbusterze zawsze robili film niezależny, aby zachować równowagę.

- A ja się z tym zupełnie zgadzam. Sam jestem właścicielem firmy produkcyjnej. W przypadku filmów, które finansujemy, działamy w znacznie skromniejszych ramach, to narzuca zupełnie inne, odświeżające podejście.

Te skromniejsze filmy to np. "Brexit - wojna domowa" czy ostatnio "Mauretańczyk" o podejrzanych o terroryzm, którzy byli maltretowani bez postawienia im zarzutów w amerykańskim więzieniu wojskowym Guantanamo.

- Tak, ale chociaż rada Soderbergha jest dobra, to jednak przy wyborze projektów zawsze kieruję się przekonaniem, że to właściwy film we właściwym czasie. Jeśli więc po nowym filmie ze stajni Marvela zaproponowano by mi kolejny blockbuster, który jednak opowiada świetną historię - nadal powiedziałbym "tak".

Doradza pan początkującym firmom, takim jak Holoride, która opracowuje nowe zastosowania wirtualnej rzeczywistości, m.in. filmy, w których można uczestniczyć za pomocą okularów VR. Czy w dłuższej perspektywie nie doprowadzi to do końca kultury kinowej, jaką znamy?

- Coś podobnego mówiono, gdy zaczęto mówić o muzyce dostarczanej w streamingu. Wówczas również przepowiadano koniec kultury muzycznej - w rzeczywistości jednak sprzedaż biletów na koncerty poszybowała w górę. Wirtualne doświadczenia z pewnością otworzą nowy rozdział w naszych zwyczajach związanych z oglądaniem filmów. Myślę jednak, że w pokoleniu przejściowym - do którego wszyscy się zaliczamy - znajdzie się wystarczająco dużo osób, które znają i cenią sobie oba sposoby oglądania filmów: tradycyjny i wirtualny za pomocą narzędzi VR. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Pandemia przyspieszyła wykorzystanie takich innowacji. Z konieczności, że tak powiem, stały się one bardziej obecne w naszym życiu. Tyle że dziś ludzie wciąż chętnie wracają do kin. Ponieważ właśnie tego doświadczenia tak długo im odmawiano.

Steven Spielberg, gdy ostatnio po raz pierwszy kręcił w specjalnie przygotowanych trójwymiarowych pomieszczeniach wirtualnej rzeczywistości (aktorzy i on sam nosili gogle VR), nazwał VR supernarkotykiem, bo w końcu nikt na planie nie kwapił się wracać do rzeczywistości...

- W końcu jednak powrócił i nakręcił "West Side Story", film, który nie mógłby być bardziej odległy od wirtualnej rzeczywistości. VR jest bardzo kusząca, z jednej strony dlatego, że jest jeszcze stosunkowo nowa, a z drugiej - dlatego że oferuje coś, co wydaje się realne w bardzo uwodzicielski sposób. Dopiero gdy zdejmiesz okulary VR, przypominasz sobie, że świat, w którym tkwiłeś przez ostatnie dwie godziny, nie jest prawdziwy. Jasne, teoretycznie można by pozostać w VR na zawsze, wtedy rzeczywiście żylibyśmy życiem awatara, wtedy naprawdę bylibyśmy w matriksie, podczas gdy w świecie rzeczywistym moglibyśmy być nadal jedynie karmieni.

Tylko że gdybyśmy w ten sposób połączyli się ze światem wirtualnym, to w końcu nikt nie znałby naszych imion, nie spotkałby nas, nie dotknąłby nas ani nie wziął w ramiona. Nawet jeśli takie chwile także są symulowane w rzeczywistości wirtualnej, a nasze neurony dostarczają nam odpowiednich bodźców. Nie wierzę, że takie doświadczenie może zastąpić nam real.

Przez ostatnie lata aktorzy filmowi coraz częściej grają między kamerą a zielonym ekranem, gdzie muszą symulować walki z potworami, które dopiero później są elektronicznie wstawiane do obrazu. Czy myśli pan sobie czasem: "Ale przecież nie po to podjąłem ten zawód!"?

- Absolutnie nie. Aktorstwo jest zawsze procesem wyobraźni, niezależnie od tego, czy jesteś na scenie w teatrze, w studiu czy w plenerze. Albo czy masz na sobie gumowy kombinezon motion capture, który rejestruje najdrobniejsze twoje ruchy. Okoliczności ciągle się zmieniają, a aktor musi się dostosować do reguł tej gry. Weźmy na przykład jednego z pionierów tej techniki, Andy'ego Serkisa...

Czyli Golluma we "Władcy pierścieni".

- ...który daje w nim godny podziwu popis aktorskiej sprawności. Tak, to bardzo satysfakcjonujące doświadczenie dla aktora.

Spójrzmy na dzieci: im nie potrzeba szafy pełnej kostiumów. Wystarczy jedna zabawka czy umowny element stroju i już tworzą z tego całe światy dla siebie!

Ostatecznie pytanie brzmi: czy pozwalasz innym, tak jak w przypadku rzeczywistości wirtualnej, tworzyć te światy za ciebie, podawać ci "narkotyk"? Czy jesteś tylko konsumentem, czy też „producentem", który sam tworzy te światy? Czy jesteś bierny, czy aktywny? Rozumiem Spielberga, wirtualna rzeczywistość to niezwykłe doświadczenie. Dla mnie jako aktora nie ma różnicy między wejściem do pokoju z prawdziwymi ludźmi w stroju służbowym a wejściem na pustą scenę w kostiumie motion capture. Istnieje wspaniałe miejsce zwane "filmem", jest w nim przestrzeń dla różnych doświadczeń. Myślę, że zawsze istniała taka walka: rozrywka popularna kontra kino artystyczne. Ale jeśli "Spider-man" sprawi, że ludzie wrócą do kina i tym samym np. pokonają swój lęk przed pandemią, to też dobrze.

Netflix po raz pierwszy w swojej historii stracił użytkowników, 200 tysięcy. Czy istnieją oznaki, że tłuste lata dla streamingu mogą się już kończyć?

- To może mieć związek z niedawnym wzrostem kosztów utrzymania. W związku z kryzysem polityczno-ekonomicznym, która obecnie dotyka już wszystkich. Nie sądzę, aby można było postawić fundamentalną prognozę dotyczącą rozwoju rynku. Czy ludzie oszczędzają na streamingu, bo znów wydają teraz 15 dolarów trzy razy w miesiącu na ponowne pójście do kina? Możliwe, bo w obecnej sytuacji wiele osób musi się po prostu zastanowić, w jaki sposób mogą zaoszczędzić pieniądze, ponieważ codzienne życie staje się coraz trudniejsze.

Z ilu usług streamingowych korzysta pan na co dzień?

- Z dwóch.

Najnowszy film o Doktorze Strange'u opowiada o mrocznych siłach, które przenikają do świata rzeczywistego z równoległego. W naszej rzeczywistości potentaci informatyczni pracują nad metawersum, wirtualnym światem równoległym. Czy "Multiwersum obłędu" to także rodzaj żartobliwej przestrogi przed tym, co może nas czekać w metawersum?

- W tym filmie wieloświat jest rzeczywistością, a nie syntetycznie stworzoną przestrzenią wirtualną. Istnieje w nim równolegle wiele wszechświatów. W wirtualnej rzeczywistości metawersum z Doliny Krzemowej nie można poczuć smaku ani dotyku - nawet jeśli interfejsy, takie jak pady czy okulary VR, symulują te bodźce. Nie można doświadczyć wirtualnego porodu - można go odtworzyć, ale nie jest on prawdziwy. Jest to przeniesienie doświadczenia na poziom fantazji. Myślę, że projekty takie jak metaverse jasno pokazują, że żyjemy w czasach martwego króla i jego ciężarnej wdowy.

Co chce pan przez to powiedzieć?

- Znajdujemy się w okresie przemian kulturowych, doświadczamy ogromnych zmian w naszym życiu codziennym. Nie ma już przewodnich mitów, które trzymały dużą część tej cywilizacji w kupie. Indywidualizm staje się coraz bardziej powszechny, co jest szczególnie widoczne w mediach społecznościowych. Być może ten kult jednostki, fakt, że dziś każdy człowiek nieustannie odkrywa lub kreuje wiele różnych wersji samego siebie, jest czymś, co wpłynęło na nasz film. Podobnie jak wiele innych filmów Marvela jakoś odzwierciedla aktualny trend cywilizacyjny.

Należy pamiętać, że w komiksach istniało i istnieje wiele wersji Doktora Strange'a. Zostały one wielokrotnie przerysowane, przebudowane, opowiedziane na nowo - i tak w kółko. W komiksach istnieje wiele wersji jego kariery, a od lat 70. pojawia się wciąż na nowo w różnych epokach. Ale dla mnie ta rola była i jest interesująca z innego powodu.

A mianowicie?

- Dla mnie Doktor Strange jest przykładem na to, że nie ma czegoś takiego jak jednoznacznie czysty, prawdziwy bohater. I często właśnie w eskapistycznych fantazjach możemy lepiej dostrzec, że szlachetniejsze są: działanie bezinteresowne, miłość, empatia do innych. A jednak my, ludzie, cały czas nawalamy. Doktor Strange nie tylko walczy z zagrożeniami z zewnątrz, ale też najczęściej walczy z samym sobą. W zasadzie sam jest swoim najgorszym wrogiem.

W pierwszym filmie, w którym grał pan tę postać, Doktor Strange, aby zapobiec katastrofie, cofa czas. Gdyby miał pan taką możliwość w naszej rzeczywistości, do którym momentu cofnąłby czas?

- Do roku 2016 – przed brexitem i Trumpem w Białym Domu, po to, aby spróbować zapobiec tym fatalnym wypadkom oraz następnym, które były ich wynikiem. Ale poza tym: ja bardzo lubię żyć wyłącznie w teraźniejszości. To jedyny sposób, by być szczęśliwym.

643. kolejny raz Benedict Cumberbatch w Wyborczej

Niedawno Benedict pojawił się w Wyborczej, a głównym tematem rozmowy przeprowadzonej przez Annę Tatarską był film Psie pazury (więcej na blogu TU).

Tym razem powodem przedstawienia postaci aktora była próba zweryfikowania, dlaczego świat oszalał na punkcie Cumberbatcha. No i oczywiście nowy Doktor Strange w kinach.

W jego oczach jest szaleństwo. Dlaczego świat oszalał na punkcie Cumberbatcha?

Autorem artykułu jest Dawid Dróżdż. Tak rozpoczyna swoją historię: "Kiedy emocje wymykają się spod kontroli, Benedict Cumberbatch daje popis swoich umiejętności."

Fot. Ian West / AP

 A dalej pisze:
- Kiedy wyemitowano pierwszy odcinek "Sherlocka", powiedziałem: "Jezu Chryste, to jest modne". Nawet nie wiedziałem, z czym się to wiąże. Pod koniec wieczoru myślałem, że wyjdę z domu i zostanę napadnięty, reporterzy nadlecą helikopterem, a ludzie wybiegną z domów - wspomina początki swojej wielkiej popularności.

Teraz jest megagwiazdą rozpoznawalną na całym świecie. W osiągnięciu sukcesu nie przeszkodziło mu trudne do wymówienia nazwisko.

Transcendentalna podróż w tybetańskim klasztorze

Benedict Cumberbatch, rocznik 1976, wychował się w Londynie. Jego rodzice są aktorami z długim stażem w telewizji i kinie. Ojciec Timothy Carlton i matka Wanda Ventham występowali m.in. w popularnym serialu BBC "The Lotus Eaters" z 1973 r. Nie chcieli, aby syn poszedł w ich ślady. Widzieli go raczej w adwokackiej todze. Zdali sobie jednak sprawę, że Benedict ma duży potencjał.

Zadebiutował w szkolnym przedstawieniu jako Tytania, królowa elfów, w "Śnie nocy letniej". Miał 12 lat. "Mieszkałem w szkole z internatem dla chłopców. Tradycją było, że chłopcy grali kobiety. To było niesamowite. Przeszedłem od grania Tytanii do Rosaline z »Romea i Julii«" - wspomina.

Po ukończeniu szkoły spędził kilka miesięcy w tybetańskim klasztorze w Darjeeling w Indiach. Uważa, że to doświadczenie pomogło mu w osiągnięciu sukcesu. Transcendentalna medytacja miała nauczyć go spokoju i uczynić lepszym aktorem.

To niejedyne formujące doświadczenie w życiu Cumberbatcha. W 2005 r. został uprowadzony w RPA. Napastnicy wrzucili go do bagażnika i grozili bronią. Musiał błagać o życie. Po tym wydarzeniu zaczął dostarczać sobie adrenaliny. Skoczył ze spadochronem, latał balonem, polubił szybką jazdę motocyklem. 

Benedict Cumberbatch - serialowy Sherlock Holmes

Uczył się na uniwersytecie w Manchesterze i London Academy of Music and Dramatic Art. Na scenie występował od 2001 r. Grał na deskach Regent's Park Open Air, teatru Almeida, Royal Court i Royal National Theatres. W 2005 r. zadebiutował na West Endzie w Duke of York’s Theatre. Trzykrotnie był nominowany do prestiżowej Nagrody Oliviera.

Dostawał drugoplanowe role w serialach - zagrał m.in. u boku Hugh Lauriego w komediodramacie "Fortysomething". W 2004 r. wcielił się w Stephena Hawkinga w filmie biograficznym Philipa Martina. Niezwykle wiarygodnie odtworzył sposób bycia młodego geniusza, a także zmiany fizyczne postępujące wraz z chorobą. - Hawking pojawił się na planie w Cambridge. Usłyszałem jego mechaniczny głos dochodzący z klatki schodowej: "Bardzo dobrze. Bardzo realistyczne". Pomyślałem: "W porządku, teraz mogę przejść na emeryturę" - wspomina spotkanie z wybitnym astrofizykiem.

Rola w "Hawkingu" wyznaczyła kierunek jego dalszej kariery. Od tej pory wielokrotnie był obsadzany w rolach wybitnych, nieprzeniknionych umysłów - m.in. van Gogha w "Malowanie słowami" Andrew Huttona z 2010 r.

Przełomem była jednak rola Sherlocka Holmesa w serialu HBO (2010-17), która umieściła go na mapie najgorętszych hollywoodzkich nazwisk. - To była pierwsza jawnie komercyjna rola, którą chciałem zagrać - mówi.

Świat oszalał na jego punkcie. Fani pokochali Sherlocka w wydaniu Cumberbatcha za jego inteligencję, nieprzewidywalność i pewność siebie. Bawi swoim czarnym humorem i niepokornością. Potrafi zachować kamienną twarz nawet w skrajnych sytuacjach, jakby był pozbawiony emocji. W jego pustym spojrzeniu można dostrzec przerażające szaleństwo. Wielu dostrzega w nim cechy psychopaty. Kiedy jednak emocje wymykają się spod kontroli, jest wulkanem energii. Cumberbatch daje wtedy popis aktorskich umiejętności.

Geniusz, ćpun, ideał męskości

"Sherlock" otworzył mu drzwi do wielkiej kariery. W ostatniej dekadzie przeskakiwał od ról w blockbusterach ("Star Trek", "Hobbit", filmy Marvela) do nagradzanych dramatów ("Zniewolony. 12 Years a Slave", serial "Patrick Melrose", "Psie pazury"). 

Cumberbatch, choć jego uroda daleka jest od hollywoodzkich standardów, stał się symbolem męskości. Urzeka silnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, brązowymi lokami i głęboko osadzonymi, małymi niebieskimi oczami.

Kilka lat temu magazyn "Empire" uznał go za najseksowniejszą gwiazdę filmową na świecie. Wyprzedził Ryana Goslinga i Bradleya Coopera. Ma prawdopodobnie najliczniejszą rzeszę fanek spośród wszystkich aktorów na świecie. Jego wielbicielki określają się mianem "Cumberbitches". Ale na forach przewijają się także: Cumberbunny, Cumberbabe, Cumbercollective, Cumberladies. "Myślę, że mam smutną twarz. Wyglądam trochę dziwnie" - odpowiada pytany o zachwyty nad jego urodą.

Najwięcej laurów - m.in. pierwszą nominację do Oscara - zdobył za rolę w "Grze tajemnic" (2014). Wcielił się tam w angielskiego matematyka Alana Turinga, który pomaga złamać kod Enigmy podczas II wojny światowej. Cumberbatch doskonale odegrał rolę zuchwałego, nieco protekcjonalnego, a jednocześnie urzekającego naukowca.

W 2018 r. stworzył wybitną kreację w miniserialu HBO "Patrick Melrose", za którą był nominowany do Złotych Globów i Emmy. Zagrał uzależnionego od narkotyków inteligenta z arystokratycznej rodziny, który wraca wspomnieniami do dzieciństwa. Relacje z przemocowym ojcem miały naznaczyć jego życie. Cumberbatch prezentuje całą paletę aktorskich możliwości - płynnie przechodzi od odgrywania narkotykowej euforii do strachu i poczucia osaczenia. Melrose to postać podobna do Sherlocka - tragikomiczna, nieprzeciętnie inteligentna, ale także szalona i nieprzewidywalna. 

Jego ostatnią wielką rolą był występ w "Psich pazurach" Jane Campion, za który po raz drugi był nominowany do Oscara. Cumberbatch wcielił się w Phila, zgorzkniałego właściciela rancza, które prowadzi z dobrodusznym bratem. Bohater Cumberbatcha to przestarzały ideał męskości - archetypiczny kowboj, twardy, pozbawiony emocji, chcący radzić sobie ze wszystkim samodzielnie.

Cumberbatch podczas zdjęć wykorzystał metodę polegającą na całkowitym wejściu w rolę. Campion przedstawiła go ekipie jako Phila. "Benedicta poznacie po zdjęciach" – miała powiedzieć. Cumberbatch nauczył się jeździć konno, opanował ciosanie drewna i rzeźbienie w nim, podkuł konia, uczył się kastrowania byków i skórowania zwierząt. Nie mył się przez kilka dni. Bez przerwy palił papierosy bez filtra, co przypłacił trzykrotnym zatruciem nikotyną.

Na planie nie rozmawiał z partnerującą mu Kirsten Dunst. Jej filmowa bohaterka była największym wrogiem postaci granej przez Cumberbatcha. "Nie chciałem być dla niej złośliwy, ale musiałem pozostać w roli. Byliśmy dla siebie odpychający" - mówi. Efekt jest niesamowity. Nienawiść pomiędzy bohaterami jest wyczuwalna na kilometr, a postaci Cumberbatcha nie da się lubić.

Jego wspaniała passa trwa już ponad dekadę. Do kin wszedł "Doktor Strange w multiwersum obłędu", kolejna część hitu Marvela o ambitnym neurochirurgu, który odkrywa w sobie potężną moc. W kinach możemy także obejrzeć "Szalony świat Louisa Waina", Cumberbatch wcielił się w nim w niezwykłego artystę specjalizującego się w malowaniu kotów.

Solidarność z Ukrainą

Ma nieskazitelny wizerunek. Urzeka skromnością i pokorą. "Nie żyję ponad stan. Cieszę się luksusem i korzystam z tego przywileju, kiedy mnie na to stać, i jestem w sytuacji, w której został mi dany, ale jestem bardzo świadomy tego, co jest marnotrawstwem" - mówi.

W ostatnich tygodniach daje przykład, jak pomagać Ukrainie. - Wszyscy musimy zrobić coś więcej niż noszenie symbolicznych wyrazów wsparcia. Musimy naciskać na nasz rząd, żeby rozwiązał problem przyjmowania uchodźców, i wywierać presję na rosyjski rząd - mówił w marcu podczas rozdania nagród BAFTA. Odbierając nagrodę na gali rozdania Cinema Vanguard Awards podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Santa Barbara, rozłożył ukraińską flagę i krzyknął: "Stańcie zjednoczeni z Ukrainą!". 

– Skończył się czas jedynie na myślenie o ludziach, którzy doświadczają tragedii, czy modlitwy za nich. Powinniśmy sprawdzać, co konkretnie możemy zrobić dla ludzi, którzy walczą o przetrwanie, kiedy ich miasta są bombardowane - mówił, gdy odsłaniano gwiazdę z jego nazwiskiem przy Hollywood Boulevard.

Pod koniec kwietnia przyznał, że w jego posiadłości zamieszka rodzina z Ukrainy. "Chcę dać im trochę stabilności" - powiedział. I dodał, że wspiera finansowo inne rodziny z Ukrainy. Jego aktywność docenił prezydent Wołodymyr Zełenski, który w ukraińskim parlamencie podziękował Cumberbatchowi za wsparcie.

584. Benedict Cumberbatch dla Wyborczej

Artykuł dla tych, którzy nie mają prenumeraty Wyborczej, a warto!

Benedict Cumberbatch dla "Wyborczej": Widziałem przemoc, zrozumiałem plemienną naturę nienawiści  

"Nauczyłem się jeździć konno i gwizdać przez zęby. Opanowałem ciosanie, podkułem konia i wykułem podkowę, przygotowałem się do scen kastrowania byków i skórowania zwierząt. Ale najtrudniejsze było skręcanie papierosa jedną ręką - Benedict Cumberbatch o pracy nad nowym filmem Jane Campion." - autorka: Anna Tatarska

Fot. Richard Shotwell/AP
Jane Campion słynie z tworzenia niezwykłych filmowych portretów kobiet. Ada McGrath (Holly Hunter) w „Fortepianie", Isabel Archer (Nicole Kidman) w „Portrecie damy", Ruth (Kate Winslet) w „Świętym dymie" czy Robin Griffin (Elisabeth Moss) w „Tajemnicach Laketop" – wszystkie wymykały się stereotypom, zaskakiwały, przekraczały granice.

W „Psich pazurach", pierwszym od 2013 r. filmie Nowozelandki, w centrum jest jednak mężczyzna. „Nie kalkuluję. Nie dzielę postaci według płci" – mówiła Campion w Wenecji, gdzie film miał premierę i skąd wyjechał z nagrodą za reżyserię. „Rzadko kiedy kończę książki, które zaczynam. Książkę Thomasa Savage’a połknęłam. Całkowicie uwierzyłam w stworzony przez niego świat".

W centrum akcji jest dwóch braci – niewyrafinowany, acz dobroduszny George (Jesse Plemons) i makiaweliczny, homofobiczny Phil (Benedict Cumberbatch). Jest rok 1925, ale w Montanie, gdzie prowadzą wielkie ranczo, czas zatrzymał się kilka dekad wcześniej. Ideałem męskości wciąż jest archetypiczny kowboj: silny, brutalny, uwalany błotem po gęsty wąs. Gdy w życie mężczyzn wkracza wdowa Rose (Kirsten Dunst), wypracowana przez lata rodzinna równowaga zaczyna się sypać. Kradzież uwagi brata, delikatność, ale też tajemnice skrywane przez bratową wywołują w Philu gniew. Jednak najbardziej zadziwia go syn kobiety, kilkunastoletni Peter (Kodi Smit-Mcphee), wrażliwy, wiotki intelektualista marzący o karierze lekarza i fashionista, którego przykurzeni, żujący tytoń koledzy Phila wyzywają pogardliwie od ciot.

Film już można oglądać w kinach, a od 1 grudnia w Netflixie.

Rozmowa z Benedictem Cumberbatchem, Philem w filmie "Psie pazury"

Anna Tatarska: „Psie pazury" dzieją się w roku 1925, ale są boleśnie aktualne. Jane Campion nakręciła film historyczny o współczesności?

Benedict Cumberbatch: – Takie szukanie wspólnych wątków jest nieuniknione, co więcej, wydaje mi się, że dowodzi sukcesu filmu. Jane Campion stworzyła niezwykle trafne studium męskiej toksyczności czy też toksycznej męskości. Obraz wyizolowania. Strachu. Przyjmowanie postawy obronnej, wreszcie agresji.

Te słowa krok po kroku opisują drogę pana bohatera. Phil jest nieszczęśliwy, ale trudno mu współczuć, bo jest też okrutny, toksyczny. Jak znalazł pan drogę do tak odpychającej postaci?

– Toksyczność Phila jest wynikiem środowiska, w którym dorastał i które go stworzyło. Mimo że nie wspieram takich zachowań, rozumiem ich genezę. Phil jest samotnikiem – być może z wyboru, bo pewnie ma poczucie, że nikt by jego położenia nie zrozumiał. Emocje od siebie odsuwa, w ogóle nie umie sobie z nimi radzić. Sądzi, że taka pancerna, fizycznie manifestowana męskość będzie jego orężem, siłą. Ostatecznie staje się składową wielkiej, osobistej tragedii. Niemożność dzielenia się emocjami z drugim człowiekiem generuje frustrację. Kiedy Phil widzi, że jego brat kogoś poznaje, to podpala i tak krótki lont gniewu. Bo przecież on jest sam i tego nic nie zmieni.

W dzisiejszych czasach taki człowiek nie byłby wyizolowany fizycznie, nawet żyjąc pośrodku jakiegoś masywu, na prerii, z dala od cywilizacji. Dziś izolujemy się poprzez ekrany smartfonów, w sposób, który może nawet mocniej oddala nas od siebie. Myślę, że dopiero zaczynamy rozumieć, co nam robi ta fałszywa idea łączności.

Phil całe życie dzielił z bratem, pojawienie się w jego życiu narzeczonej to rzeczywiście rewolucja. Ale być może jeszcze większą rewolucją jest wejście w ich życie Petera, syna Rose.

– Peter to ktoś z tym samym wewnętrznym dylematem, ale całkowicie inaczej sobie z nim radzący. Phila to rozjusza. Widzi, że Peter niczego nie dusi, nie ukrywa. Kiedy przechodzi przez obóz osadników, a w jego stronę lecą inwektywy – „pedał", „lala", „ciota" – one go wymijają, niczym źle wypuszczone strzały. Jakby żadne złośliwe szepty czy wskazania palcem nie były go w stanie dotknąć. Peter się nie wstydzi tego, kim jest, więc nie można go tym zawstydzić.

A mojemu bohaterowi ziemia usuwa się spod nóg. Ta nowa bezradność wywołuje w nim reakcję obronną: agresję. Jest ona tym silniejsza, że Phil nie ma w życiu niczego, co byłoby głęboko prawdziwe.

Phil wytłumia nie tylko emocje i wrażliwość, ale też intelekt. Zachowuje się jak typowy redneck, choć nie do końca nim jest. Taka szkatułkowa konstrukcja bohatera jest dla aktora wyzwaniem?

– Aktorsko to perfekcyjne wtapianie się Phila w tło było bardzo trudne. Savage opisywał go jako niesamowicie oczytanego człowieka, który pożerał artykuły branżowych gazet, miał rozległą wiedzę, znał łacinę równie dobrze co angielski. Ma to wszystko w sobie, cały czas gdzieś w nim czuć to tuż pod powierzchnią, ale nigdy świadomie tego nie manifestuje. Musiałem ułożyć sobie jakąś metodę postępowania, żeby tylko raz na jakiś czas coś gdzieś nieznacznie zasugerować, zasygnalizować. Przyznam, że ogromnie podobała mi się przewrotność tej sytuacji: że wiem i gram coś, co nie będzie do końca widzialne.

Czy w jakiś sposób czerpał pan z własnych doświadczeń? Wiem, że na własne oczy widział pan, jak drastyczny obrót może przyjąć wykluczanie z powodu inności.

– Kiedy mieszkałem w internacie, miałem wtedy 17-18 lat, byłem świadkiem regularnej przemocy wobec homoseksualnego kolegi. Barbarzyńskie zachowanie. Pamiętam, że miałem wielkie poczucie niesprawiedliwości. Byłem wściekły na to polowanie na niewinnego chłopaka. Nie rozumiałem, dlaczego nie mogą dać mu spokoju, pozwolić być tym, kim chce. Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że to zachowanie naganne.

Wtedy też zrozumiałem plemienną naturę nienawiści. To zjawisko, które żywi się grupowością. Kto wie, jakie były indywidualne losy chłopców, którzy prześladowali kolegę, bo został nakryty z innym chłopakiem w bursie? Może byli ludźmi, którzy z powodu własnej krzywdy krzywdzą innych? Ale kiedy stawali się stadem, przestawało to mieć znaczenie. Straszna sytuacja, z każdej perspektywy.

Myślą przewodnią „Psich pazurów" jest w pewnym sensie ta, że można się wykluczeniu i tej nienawiści sprzeciwić, jeśli tylko jest się otwartym na rozmowę.

– W moim odczuciu to film o tym, że cierpliwość i zrozumienie potrafią zwyciężać. Taka postawa stanowi o wiele lepszą alternatywę niż postawa, którą pokazuje Phil: odrzucić, zamknąć, wyrzucić klucz.

Mnie zafascynował też sposób, w jaki Jane widzi czwórkę głównych bohaterów. Tyle tu ciekawych konfiguracji i tematów: relacja matka – syn, brat z bratem, opresja, gniew, lęk, do tego akceptacja odmienności, jej triumf – bez zdradzania szczegółów...

Myślę, że udało się nam już ustalić, że rola była bardzo wymagająca. Pandemia dodatkowo skomplikowała wam życie – musieliście przerwać zdjęcia.

– Powrót do Nowej Zelandii, gdzie kręciłem wcześniej „Władcę pierścieni", był czymś wspaniałym. Akurat skończyliśmy plenery na Wyspie Południowej, największej z wysp Nowej Zelandii – udawała Montanę. Przenieśliśmy się na wnętrza do studia, udało nam się popracować jeden dzień. Potem było spotkanie z zespołem. Kraj jeszcze nie był zamknięty, ale już było wiadomo, że zaraz będzie źle, tylko nikt nie umiał sobie wyobrazić, jak bardzo. Padło pytanie: czy będziemy się czuć komfortowo, kontynuując pracę? Odpowiedź brzmiała: „nie". Groził nam lockdown, w tej sytuacji niektórzy mogliby chcieć wrócić do domu, za ocean. Nie mogli trwać w jeszcze większej niepewności. Zatrzymaliśmy zdjęcia. Za chwilę przyszło trzymiesięczne zamrożenie.

Pracuje pan metodą Stanisławskiego, czyli wcieleniową. Czyli na czas zdjęć „jest pan w postaci". Jak wyglądało granie roli z przerwą, jakby w dwóch częściach?

– Kiedy Jane przedstawiała mnie ekipie, to już jako Phila. „Benedicta poznacie po zdjęciach" – żartowała, choć przecież to nie był do końca żart, bo ja nigdy roli nie przerywam. Kiedy nas zamknęli, tłumaczyłem sobie, że ten okres przerwy jest jakoś odgórnie zaprojektowanym czasem próby. To było tym trudniejsze, że kiedy człowiek pracuje w takim środowisku jak Wyspa Południowa, przestrzeń staje się nowym bohaterem filmu. Aktor czerpie z zewnętrza cały czas, doładowuje się upałem, zimnem, wiatrem. Staje się częścią otaczającej go natury. Dlatego etap zdjęć w studiu zawsze mnie przerażał, bałem się go. Zastanawiałem się, w jaki sposób mógłbym zabrać Wyspę Południową, jej esencję, ze sobą w dekoracje.

Doskonale pamiętam moment, gdy po wymuszonej przerwie wróciłem na plan i usłyszałem w krótkofalówce – ekipa komunikuje się poprzez nie na planie – że „Wyspa Południowa jest na planie". W sensie, że ta niezwykła atmosfera, klimat dalej nam towarzyszą i nas inspirują, że przybyły ze mną. To był wspaniały komplement. Też to poczułem. Ten brud, pył na planie dał mi poczucie, jakbym wrócił do siebie, znowu był w pełni obecny.

To było dla mnie ogromnie ważne, bo jako aktor przez pandemię czułem się zagubiony. Nie wiedziałem, czy powinienem się tego uczucia dalej trzymać, czy mam je puścić, pozwolić mu się rozwiać, bo przecież nie wiadomo, ile to wszystko potrwa.

Powrót na plan to były godziny rozmów, mozolne próby reasymilacji. Ale wydaje mi się, że w przedziwny sposób ta nieplanowana przerwa dodała całemu doświadczeniu udziału w filmie głębi i znaczenia.

W jaki sposób?

– To było tak niespodziewane i wielkie utrudnienie, że kiedy wreszcie wróciliśmy, to bardzo głodni i w pełni skupieni. Byliśmy szczęściarzami, którzy mogli kontynuować pracę. Wszystko nagle wydało się cenne i ważne, zdaliśmy sobie sprawę z naszego przywileju. W dziwny sposób pomogło to filmowi.

A panu też pomogło?

– Cały okres zdjęć był czasem dynamicznych zmian. Najpierw plan, tak zaopiekowany, bezpieczny i wspierający. Zaraz potem strach i niepewność początku pandemii. Wreszcie wymuszone zamknięcie i wyłączenie się ze wszystkiego. O dziwo dla mnie ten czas kryzysu stał się czasem bliskości, komfortu i dbania o siebie nawzajem. W Nowej Zelandii byłem z całą rodziną – żoną, synami i rodzicami, którzy są po osiemdziesiątce. Po pierwszym szoku, że zastało nas to wszystko bez żadnych znaków ostrzegawczych, tysiące mil od domu, w obcym miejscu, lockdown przeobraził się we wzbogacające doświadczenie. Wreszcie przyszedł czas powrotu do pracy, oczywiście z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa. Otwarcie zdjęć stało się jednocześnie powrotem do społeczeństwa, i to dopiero było szalone. To był jedyny raz, kiedy funkcjonowałem w grupie i nie bałem się zarażenia. Byliśmy totalnie wyłączeni ze świata. Bezpieczni.

Jak udało się panu przez ten czas utrzymać psychikę w dobrej kondycji?

– To była niezwykła podróż. Już od momentu, kiedy w ogóle dostałem propozycję udziału w filmie Jane Campion, wiedząc, co do tej pory robiła i jakie kreacje dzięki jej wizji stwarzali aktorzy. Intrygowała mnie niesamowicie postać Phila, niezwykle tragiczna, ale nie jednowymiarowa, czułem, że mam szansę oddać mu sprawiedliwość. Jednak sporo się zastanawiałem nad tym, czy doświadczanie bycia na planie dorośnie do moim oczekiwań, wyobrażeń.

Otóż przerosło je. Tak, poziom stresu bywał obezwładniający. Czasami schodziłem z planu i zdecydowanie za głośno puszczałem muzykę w samochodzie albo robiłem sobie na rozluźnienie drinka. Jak każdy. Ale to wynikało z okoliczności zdjęć i czynników zewnętrznych. Natomiast sama praca, ta aktorska codzienność, była ożywcza i satysfakcjonująca. Oczywiście miewałem momenty zawahania, kiedy musiałem na chwilę zniknąć, stanąć z boku, popatrzeć z dystansu. Zdarzało się, że nie byłem do końca pewien, gdzie jest myślami Phil. Ale to są momenty, których aktor się nie boi, aktor o nich marzy.

Rozmowa o fizyczności wydaje się nie na miejscu, ale muszę jednak podpytać o przygotowania do roli, bo na ekranie widać, jak imponującą przemianę fizyczną pan przeszedł. Pana bohater jest niesamowicie szczupły, ale umięśniony, napięty. To ciało świetnie działa w sensie filmowym.

– Przyznam bez wstydu, że wyszło to trochę przypadkiem. W trakcie zdjęć z Jane ostro trenowałem, bo według harmonogramu zaraz po ostatnim klapsie miałem się przenieść na plan nowego filmu o Doktorze Strange’u. Ciężary i pływanie to była moja druga zmiana, a że plan był angażujący, wyciskałem w przerwach między ujęciami lub jeszcze po zejściu z planu. Oczywiście zdjęcia do „Doktora Strange’a" zostały przesunięte. Ale dobrze się złożyło, bo dzięki temu zbudowanemu w pocie czoła ciału byłem bliżej tego, jak Phila opisywał Savage. Jako kogoś niezwykle silnego i wytrzymałego, choć nie masywnego, więc ta jego siła była zaskakująca. To ktoś, kto potrafi wygiąć podkowę i utrzymać uzdę narowistego konia, gdy zagania bydło.

Fizyczność okazała się bardzo ważna w opowiadaniu o tym, kim jest mój bohater, jak ciężko pracuje, jak jest zdeterminowany, silny, pozbawiony miękkich, delikatnych miejsc. Jakby chciał tym wyżyłowanym ciałem obudować wszystkie niepewności i wahania.

Ta rola wymagała od pana nabycia wielu umiejętności dziś uznawanych za raczej nietypowe.

– Moja gra na bandżo niewątpliwie zyskała na trzech miesiącach przerwy od zdjęć. Oprócz tego nauczyłem się jeździć konno i gwizdać przez zęby. Musiałem mistrzowsko opanować ciosanie, rzeźbienie w drewnie. Nie udało mi się na razie samodzielnie wykonać stołu, ale zrobiłem zestaw krzeseł, jedno z nich widać nawet w filmie. Na liście było też kowalstwo. Podkułem konia i wykułem podkowę, którą podarowałem Jane.

W filmie były też sceny kastrowania byków i skórowania zwierząt – przygotowywałem się do nich, między innymi odwiedzając taksydermistę. Jednak najtrudniejsze było skręcanie papierosa jedną ręką. Ta umiejętność wymagała wielu ćwiczeń. A i tak na ekranie musieliśmy trochę podkręcać swobodę bohatera poprzez sprytny montaż.

Konie, noże, skórowanie zwierząt – według Phila supermęskie zajęcia. Pan też w takich kategoriach definiuje męskość?

– Skąd! Dla mnie męskość oznacza bycie autentycznym w relacji z samym sobą. I chyba na braku tej autentyczności polega dramat Phila. On na wielu płaszczyznach funkcjonuje prawidłowo, poświęca się w pełni pracy na ranczu, zawiaduje grupą pracowników, świetnie prowadzi biznes. Ale w środku, w swojej istocie ma coś, czego nie potrafi, nie może wyrazić, do czego nie chce się przyznać.

W moim odczuciu męskość oznacza współistnienie wszystkich tych elementów. Na szczęście dziś żyjemy w czasach o wiele bardziej inkluzywnych i tolerancyjnych, gdzie – mimo że wciąż bywa to niekiedy trudne – można być tym, kim się chce. I być akceptowanym.

Benedict Cumberbatch - ur. w 1976 r., zasłynął jako Sherlock w serialu BBC, uznanie przyniosły mu m.in. role Alana Turinga w „Grze tajemnic" (nominacja do Oscara) i Juliana Assange’a w „Piątej władzy". Jego charakterystycznym, głębokim głosem mówił też Smaug w filmowych adaptacjach książek Tolkiena. Największą popularność przyniosła mu rola Doktora Strange’a w produkcjach ze stajni Marvel Cinematic Universe.

Syn dwójki aktorów, komandor Orderu Imperium Brytyjskiego i szef rady zarządu London Academy of Music and Dramatic Art. Ojciec trójki dzieci i – jak twierdzą koledzy z planu – człowiek „po brytyjsku nadzwyczaj uprzejmy".