Artykuł dla tych, którzy nie mają prenumeraty Wyborczej, a warto!
"Nauczyłem się jeździć konno i gwizdać przez zęby. Opanowałem ciosanie,
podkułem konia i wykułem podkowę, przygotowałem się do scen kastrowania
byków i skórowania zwierząt. Ale najtrudniejsze było skręcanie papierosa
jedną ręką - Benedict Cumberbatch o pracy nad nowym filmem Jane
Campion." - autorka: Anna Tatarska
 |
| Fot. Richard Shotwell/AP |
Jane Campion słynie z tworzenia niezwykłych
filmowych portretów kobiet. Ada McGrath (Holly Hunter) w „Fortepianie",
Isabel Archer (Nicole Kidman) w „Portrecie damy", Ruth (Kate Winslet) w
„Świętym dymie" czy Robin Griffin (Elisabeth Moss) w „Tajemnicach Laketop" – wszystkie wymykały się stereotypom, zaskakiwały, przekraczały granice.
W „Psich pazurach", pierwszym od 2013 r. filmie Nowozelandki, w
centrum jest jednak mężczyzna. „Nie kalkuluję. Nie dzielę postaci
według płci" – mówiła Campion w Wenecji, gdzie film miał premierę i skąd
wyjechał z nagrodą za reżyserię. „Rzadko kiedy kończę książki, które
zaczynam. Książkę Thomasa Savage’a połknęłam. Całkowicie uwierzyłam w
stworzony przez niego świat".
W centrum akcji jest dwóch braci –
niewyrafinowany, acz dobroduszny George (Jesse Plemons) i makiaweliczny,
homofobiczny Phil (Benedict Cumberbatch). Jest rok 1925, ale w
Montanie, gdzie prowadzą wielkie ranczo, czas zatrzymał się kilka dekad
wcześniej. Ideałem męskości wciąż jest archetypiczny kowboj: silny,
brutalny, uwalany błotem po gęsty wąs. Gdy w życie mężczyzn wkracza
wdowa Rose (Kirsten Dunst), wypracowana przez lata rodzinna równowaga
zaczyna się sypać. Kradzież uwagi brata, delikatność, ale też tajemnice
skrywane przez bratową wywołują w Philu gniew. Jednak najbardziej
zadziwia go syn kobiety, kilkunastoletni Peter (Kodi Smit-Mcphee),
wrażliwy, wiotki intelektualista marzący o karierze lekarza i
fashionista, którego przykurzeni, żujący tytoń koledzy Phila wyzywają
pogardliwie od ciot.
Film już można oglądać w kinach, a od 1 grudnia w Netflixie.
Rozmowa z Benedictem Cumberbatchem, Philem w filmie "Psie pazury"
Anna Tatarska: „Psie pazury" dzieją
się w roku 1925, ale są boleśnie aktualne. Jane Campion nakręciła film
historyczny o współczesności?
Benedict Cumberbatch: – Takie szukanie
wspólnych wątków jest nieuniknione, co więcej, wydaje mi się, że dowodzi
sukcesu filmu. Jane Campion stworzyła niezwykle trafne studium męskiej
toksyczności czy też toksycznej męskości. Obraz wyizolowania. Strachu.
Przyjmowanie postawy obronnej, wreszcie agresji.
Te słowa krok po kroku opisują
drogę pana bohatera. Phil jest nieszczęśliwy, ale trudno mu współczuć,
bo jest też okrutny, toksyczny. Jak znalazł pan drogę do tak
odpychającej postaci?
– Toksyczność Phila jest wynikiem środowiska,
w którym dorastał i które go stworzyło. Mimo że nie wspieram takich
zachowań, rozumiem ich genezę. Phil jest samotnikiem – być może z
wyboru, bo pewnie ma poczucie, że nikt by jego położenia nie zrozumiał.
Emocje od siebie odsuwa, w ogóle nie umie sobie z nimi radzić. Sądzi, że
taka pancerna, fizycznie manifestowana męskość będzie jego orężem,
siłą. Ostatecznie staje się składową wielkiej, osobistej tragedii.
Niemożność dzielenia się emocjami z drugim człowiekiem generuje
frustrację. Kiedy Phil widzi, że jego brat kogoś poznaje, to podpala i
tak krótki lont gniewu. Bo przecież on jest sam i tego nic nie zmieni.
W dzisiejszych czasach taki człowiek nie byłby
wyizolowany fizycznie, nawet żyjąc pośrodku jakiegoś masywu, na prerii, z
dala od cywilizacji. Dziś izolujemy się poprzez ekrany smartfonów, w
sposób, który może nawet mocniej oddala nas od siebie. Myślę, że dopiero
zaczynamy rozumieć, co nam robi ta fałszywa idea łączności.
Phil całe życie dzielił z bratem,
pojawienie się w jego życiu narzeczonej to rzeczywiście rewolucja. Ale
być może jeszcze większą rewolucją jest wejście w ich życie Petera, syna
Rose.
– Peter to ktoś z tym samym wewnętrznym
dylematem, ale całkowicie inaczej sobie z nim radzący. Phila to
rozjusza. Widzi, że Peter niczego nie dusi, nie ukrywa. Kiedy przechodzi
przez obóz osadników, a w jego stronę lecą inwektywy – „pedał", „lala",
„ciota" – one go wymijają, niczym źle wypuszczone strzały. Jakby żadne
złośliwe szepty czy wskazania palcem nie były go w stanie dotknąć. Peter
się nie wstydzi tego, kim jest, więc nie można go tym zawstydzić.
A mojemu bohaterowi ziemia usuwa się spod nóg.
Ta nowa bezradność wywołuje w nim reakcję obronną: agresję. Jest ona tym
silniejsza, że Phil nie ma w życiu niczego, co byłoby głęboko
prawdziwe.
Phil wytłumia nie tylko emocje i
wrażliwość, ale też intelekt. Zachowuje się jak typowy redneck, choć nie
do końca nim jest. Taka szkatułkowa konstrukcja bohatera jest dla
aktora wyzwaniem?
– Aktorsko to perfekcyjne wtapianie się Phila
w tło było bardzo trudne. Savage opisywał go jako niesamowicie
oczytanego człowieka, który pożerał artykuły branżowych gazet, miał
rozległą wiedzę, znał łacinę równie dobrze co angielski. Ma to wszystko w
sobie, cały czas gdzieś w nim czuć to tuż pod powierzchnią, ale nigdy
świadomie tego nie manifestuje. Musiałem ułożyć sobie jakąś metodę
postępowania, żeby tylko raz na jakiś czas coś gdzieś nieznacznie
zasugerować, zasygnalizować. Przyznam, że ogromnie podobała mi się
przewrotność tej sytuacji: że wiem i gram coś, co nie będzie do końca
widzialne.
Czy w jakiś sposób czerpał pan z
własnych doświadczeń? Wiem, że na własne oczy widział pan, jak
drastyczny obrót może przyjąć wykluczanie z powodu inności.
– Kiedy mieszkałem w internacie, miałem wtedy
17-18 lat, byłem świadkiem regularnej przemocy wobec homoseksualnego
kolegi. Barbarzyńskie zachowanie. Pamiętam, że miałem wielkie poczucie
niesprawiedliwości. Byłem wściekły na to polowanie na niewinnego
chłopaka. Nie rozumiałem, dlaczego nie mogą dać mu spokoju, pozwolić być
tym, kim chce. Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że to
zachowanie naganne.
Wtedy też zrozumiałem plemienną naturę
nienawiści. To zjawisko, które żywi się grupowością. Kto wie, jakie były
indywidualne losy chłopców, którzy prześladowali kolegę, bo został
nakryty z innym chłopakiem w bursie? Może byli ludźmi, którzy z powodu
własnej krzywdy krzywdzą innych? Ale kiedy stawali się stadem,
przestawało to mieć znaczenie. Straszna sytuacja, z każdej perspektywy.
Myślą przewodnią „Psich pazurów" jest
w pewnym sensie ta, że można się wykluczeniu i tej nienawiści
sprzeciwić, jeśli tylko jest się otwartym na rozmowę.
– W moim odczuciu to film o tym, że
cierpliwość i zrozumienie potrafią zwyciężać. Taka postawa stanowi o
wiele lepszą alternatywę niż postawa, którą pokazuje Phil: odrzucić,
zamknąć, wyrzucić klucz.
Mnie zafascynował też sposób, w jaki Jane widzi
czwórkę głównych bohaterów. Tyle tu ciekawych konfiguracji i tematów:
relacja matka – syn, brat z bratem, opresja, gniew, lęk, do tego
akceptacja odmienności, jej triumf – bez zdradzania szczegółów...
Myślę, że udało się nam już
ustalić, że rola była bardzo wymagająca. Pandemia dodatkowo
skomplikowała wam życie – musieliście przerwać zdjęcia.
– Powrót do Nowej Zelandii, gdzie kręciłem
wcześniej „Władcę pierścieni", był czymś wspaniałym. Akurat skończyliśmy
plenery na Wyspie Południowej, największej z wysp Nowej Zelandii –
udawała Montanę. Przenieśliśmy się na wnętrza do studia, udało nam się
popracować jeden dzień. Potem było spotkanie z zespołem. Kraj jeszcze
nie był zamknięty, ale już było wiadomo, że zaraz będzie źle, tylko nikt
nie umiał sobie wyobrazić, jak bardzo. Padło pytanie: czy będziemy się
czuć komfortowo, kontynuując pracę? Odpowiedź brzmiała: „nie". Groził
nam lockdown, w tej sytuacji niektórzy mogliby chcieć wrócić do domu, za
ocean. Nie mogli trwać w jeszcze większej niepewności. Zatrzymaliśmy
zdjęcia. Za chwilę przyszło trzymiesięczne zamrożenie.
Pracuje pan metodą Stanisławskiego,
czyli wcieleniową. Czyli na czas zdjęć „jest pan w postaci". Jak
wyglądało granie roli z przerwą, jakby w dwóch częściach?
– Kiedy Jane przedstawiała mnie ekipie, to
już jako Phila. „Benedicta poznacie po zdjęciach" – żartowała, choć
przecież to nie był do końca żart, bo ja nigdy roli nie przerywam. Kiedy
nas zamknęli, tłumaczyłem sobie, że ten okres przerwy jest jakoś
odgórnie zaprojektowanym czasem próby. To było tym trudniejsze, że kiedy
człowiek pracuje w takim środowisku jak Wyspa Południowa, przestrzeń
staje się nowym bohaterem filmu. Aktor czerpie z zewnętrza cały czas,
doładowuje się upałem, zimnem, wiatrem. Staje się częścią otaczającej go
natury. Dlatego etap zdjęć w studiu zawsze mnie przerażał, bałem się
go. Zastanawiałem się, w jaki sposób mógłbym zabrać Wyspę Południową,
jej esencję, ze sobą w dekoracje.
Doskonale pamiętam moment, gdy po wymuszonej
przerwie wróciłem na plan i usłyszałem w krótkofalówce – ekipa
komunikuje się poprzez nie na planie – że „Wyspa Południowa jest na
planie". W sensie, że ta niezwykła atmosfera, klimat dalej nam
towarzyszą i nas inspirują, że przybyły ze mną. To był wspaniały
komplement. Też to poczułem. Ten brud, pył na planie dał mi poczucie,
jakbym wrócił do siebie, znowu był w pełni obecny.
To było dla mnie ogromnie ważne, bo jako
aktor przez pandemię czułem się zagubiony. Nie wiedziałem, czy
powinienem się tego uczucia dalej trzymać, czy mam je puścić, pozwolić
mu się rozwiać, bo przecież nie wiadomo, ile to wszystko potrwa.
Powrót na plan to były godziny rozmów,
mozolne próby reasymilacji. Ale wydaje mi się, że w przedziwny sposób ta
nieplanowana przerwa dodała całemu doświadczeniu udziału w filmie głębi
i znaczenia.
W jaki sposób?
– To było tak niespodziewane i wielkie
utrudnienie, że kiedy wreszcie wróciliśmy, to bardzo głodni i w pełni
skupieni. Byliśmy szczęściarzami, którzy mogli kontynuować pracę.
Wszystko nagle wydało się cenne i ważne, zdaliśmy sobie sprawę z naszego
przywileju. W dziwny sposób pomogło to filmowi.
A panu też pomogło?
– Cały okres zdjęć był czasem dynamicznych
zmian. Najpierw plan, tak zaopiekowany, bezpieczny i wspierający. Zaraz
potem strach i niepewność początku pandemii. Wreszcie wymuszone
zamknięcie i wyłączenie się ze wszystkiego. O dziwo dla mnie ten czas
kryzysu stał się czasem bliskości, komfortu i dbania o siebie nawzajem. W
Nowej Zelandii byłem z całą rodziną – żoną, synami i rodzicami, którzy
są po osiemdziesiątce. Po pierwszym szoku, że zastało nas to wszystko
bez żadnych znaków ostrzegawczych, tysiące mil od domu, w obcym miejscu,
lockdown przeobraził się we wzbogacające doświadczenie. Wreszcie
przyszedł czas powrotu do pracy, oczywiście z zachowaniem wszelkich
środków bezpieczeństwa. Otwarcie zdjęć stało się jednocześnie powrotem
do społeczeństwa, i to dopiero było szalone. To był jedyny raz, kiedy
funkcjonowałem w grupie i nie bałem się zarażenia. Byliśmy totalnie
wyłączeni ze świata. Bezpieczni.
Jak udało się panu przez ten czas utrzymać psychikę w dobrej kondycji?
– To była niezwykła podróż. Już od momentu,
kiedy w ogóle dostałem propozycję udziału w filmie Jane Campion,
wiedząc, co do tej pory robiła i jakie kreacje dzięki jej wizji
stwarzali aktorzy. Intrygowała mnie niesamowicie postać Phila, niezwykle
tragiczna, ale nie jednowymiarowa, czułem, że mam szansę oddać mu
sprawiedliwość. Jednak sporo się zastanawiałem nad tym, czy
doświadczanie bycia na planie dorośnie do moim oczekiwań, wyobrażeń.
Otóż przerosło je. Tak, poziom stresu bywał
obezwładniający. Czasami schodziłem z planu i zdecydowanie za głośno
puszczałem muzykę w samochodzie albo robiłem sobie na rozluźnienie
drinka. Jak każdy. Ale to wynikało z okoliczności zdjęć i czynników
zewnętrznych. Natomiast sama praca, ta aktorska codzienność, była
ożywcza i satysfakcjonująca. Oczywiście miewałem momenty zawahania,
kiedy musiałem na chwilę zniknąć, stanąć z boku, popatrzeć z dystansu.
Zdarzało się, że nie byłem do końca pewien, gdzie jest myślami Phil. Ale
to są momenty, których aktor się nie boi, aktor o nich marzy.
Rozmowa o fizyczności wydaje się
nie na miejscu, ale muszę jednak podpytać o przygotowania do roli, bo na
ekranie widać, jak imponującą przemianę fizyczną pan przeszedł. Pana
bohater jest niesamowicie szczupły, ale umięśniony, napięty. To ciało
świetnie działa w sensie filmowym.
– Przyznam bez wstydu, że wyszło to trochę
przypadkiem. W trakcie zdjęć z Jane ostro trenowałem, bo według
harmonogramu zaraz po ostatnim klapsie miałem się przenieść na plan
nowego filmu o Doktorze Strange’u. Ciężary i pływanie to była moja druga
zmiana, a że plan był angażujący, wyciskałem w przerwach między
ujęciami lub jeszcze po zejściu z planu. Oczywiście zdjęcia do „Doktora
Strange’a" zostały przesunięte. Ale dobrze się złożyło, bo dzięki temu
zbudowanemu w pocie czoła ciału byłem bliżej tego, jak Phila opisywał
Savage. Jako kogoś niezwykle silnego i wytrzymałego, choć nie masywnego,
więc ta jego siła była zaskakująca. To ktoś, kto potrafi wygiąć podkowę
i utrzymać uzdę narowistego konia, gdy zagania bydło.
Fizyczność okazała się bardzo ważna w
opowiadaniu o tym, kim jest mój bohater, jak ciężko pracuje, jak jest
zdeterminowany, silny, pozbawiony miękkich, delikatnych miejsc. Jakby
chciał tym wyżyłowanym ciałem obudować wszystkie niepewności i wahania.
Ta rola wymagała od pana nabycia wielu umiejętności dziś uznawanych za raczej nietypowe.
– Moja gra na bandżo niewątpliwie zyskała na
trzech miesiącach przerwy od zdjęć. Oprócz tego nauczyłem się jeździć
konno i gwizdać przez zęby. Musiałem mistrzowsko opanować ciosanie,
rzeźbienie w drewnie. Nie udało mi się na razie samodzielnie wykonać
stołu, ale zrobiłem zestaw krzeseł, jedno z nich widać nawet w filmie.
Na liście było też kowalstwo. Podkułem konia i wykułem podkowę, którą
podarowałem Jane.
W filmie były też sceny kastrowania byków i
skórowania zwierząt – przygotowywałem się do nich, między innymi
odwiedzając taksydermistę. Jednak najtrudniejsze było skręcanie
papierosa jedną ręką. Ta umiejętność wymagała wielu ćwiczeń. A i tak na
ekranie musieliśmy trochę podkręcać swobodę bohatera poprzez sprytny
montaż.
Konie, noże, skórowanie zwierząt – według Phila supermęskie zajęcia. Pan też w takich kategoriach definiuje męskość?
– Skąd! Dla mnie męskość oznacza bycie
autentycznym w relacji z samym sobą. I chyba na braku tej autentyczności
polega dramat Phila. On na wielu płaszczyznach funkcjonuje prawidłowo,
poświęca się w pełni pracy na ranczu, zawiaduje grupą pracowników,
świetnie prowadzi biznes. Ale w środku, w swojej istocie ma coś, czego
nie potrafi, nie może wyrazić, do czego nie chce się przyznać.
W moim odczuciu męskość oznacza
współistnienie wszystkich tych elementów. Na szczęście dziś żyjemy w
czasach o wiele bardziej inkluzywnych i tolerancyjnych, gdzie – mimo że
wciąż bywa to niekiedy trudne – można być tym, kim się chce. I być
akceptowanym.
Benedict Cumberbatch - ur. w 1976
r., zasłynął jako Sherlock w serialu BBC, uznanie przyniosły mu m.in.
role Alana Turinga w „Grze tajemnic" (nominacja do Oscara) i Juliana
Assange’a w „Piątej władzy". Jego charakterystycznym, głębokim głosem
mówił też Smaug w filmowych adaptacjach książek Tolkiena. Największą
popularność przyniosła mu rola Doktora Strange’a w produkcjach ze stajni
Marvel Cinematic Universe.
Syn dwójki aktorów, komandor Orderu
Imperium Brytyjskiego i szef rady zarządu London Academy of Music and
Dramatic Art. Ojciec trójki dzieci i – jak twierdzą koledzy z planu –
człowiek „po brytyjsku nadzwyczaj uprzejmy".